Studio

Yesterday


Od mojego seansu Yesterday minął już jakiś czas, ale pamiętam, jakby to było wczoraj. Nigdy nie byłem wielkim fanem Beatlesów, ale ochoczo udałem się do kina zaraz po premierze filmu. Miałem nadzieję, że pozwoli mi on lepiej zapoznać się z muzyką zespołu, który odcisnął tak wielkie piętno na muzyce. 

Dzisiaj w Studio film, o którym wspominałem już w pierwszym odcinku naszego Podcastu: Yesterday. 

Recenzja nie zawiera spoilerów — wspomniane fragmenty nie wykraczają poza to, co było pokazane w trailerze.

Pomysł był dobry…

Sam pomysł na fabułę wydaje się interesujący. Jack Malik (Himesh Patel) jest niespełnionym muzykiem. Pomimo tego, że usilnie próbuje się wybić, nikt nie zwraca uwagi na jego twórczość. Wracając do domu po kolejnym nieudanym koncercie, przeżywa bliskie spotkanie z autobusem. Wypadek spowodowany został przez globalną awarię prądu. W ciągu awarii, która trwa dokładnie 12 sekund, z historii znika całkowicie jakakolwiek wzmianka o The Beatles, a główny bohater filmu okazuje się jedyną osobą, która pamięta ich twórczość. Swoją drogą bardzo ładne nawiązanie, bo przypada po sekundzie na każdy wydany przez nich album. 

Jack postanawia zatem zbudować swoją własną karierę, wykorzystując twórczość Beatlesów.

Co grało?

Utwory The Beatles zostały odtworzone ze szczególną starannością. Widać napracowanie i do warstwy muzycznej nie można się przyczepić. Film jest niezłym przeglądem twórczości zespołu i pozwala odświeżyć sobie najpopularniejsze kawałki. Sam mimowolnie potupywałem w rytm muzyki, która prawie zawsze pasowała do tego, co dzieje się na ekranie. 

Drugim jasnym punktem jest Lily James, wcielająca się w rolę Ellie. Nie dość, że jest piękną kobietą, to jeszcze błyszczy swoim talentem aktorskim. Niestety ciężko napisać coś więcej, bez wchodzenia w fabułę, więc temat świadomie urywam. 

Warto też wspomnieć o występie Eda Sheerana, który gra siebie samego. Nie powiem, że jest on wybitnym aktorem, bo tak nie jest. Trzeba jednak przyznać, że wypadł zaskakująco dobrze.

Kard z filmu Yesterday
Kard z filmu Yesterday

Film który… nie stroi

Jak już wspomniałem wcześniej, sam pomysł na fabułę był całkiem ciekawy. Niestety stało się to, czego można było spodziewać się po produkcji wielomilionowej korporacji.

Jack Malik jest prawdopodobnie jedną z najbardziej bezpłciowych postaci pierwszoplanowych w historii kina. Bardzo często pozostaje on często bierny i nie podejmuje żadnych działań. Przez cały seans miałem wrażenie, że jest on tylko kukiełką w całym tym teatrzyku. Ciężko go przez to polubić.

Staje się to szczególnie irytujące w momencie, w którym film z lekkiego komediodramatu zmienia się w… komedię romantyczną. 

Z drugiej strony, czego mogłem spodziewać się po Richardzie Curtisie, twórcy takich perełek jak „Cztery wesela i pogrzeb” czy „Dziennik Bridget Jones”.

Jest też absolutnie żenujący comic relief w postaci Rockiego, granego przez Joela Fry. 

…wykonanie niezbyt.

Czy warto?

Tak… ale, to zależy. Trailer zbudował we mnie poczucie, że idę na coś, zupełnie innego niż dostałem. Czułem się, jakbym zobaczył w cukierni piękny kawałek tortu, a po rozpakowaniu okazałoby się, że ma rodzynki w środku. Pomimo tego jestem zadowolony. Film muzycznie stoi na naprawdę wysokim poziomie, a humor trafi praktycznie do każdego. 

Uważam, że warto obejrzeć ten film. Prawdopodobnie nigdy do niego nie wrócicie, ale jako jednorazowy dodatek do całego kubła popcornu sprawdzi się świetnie.

Współzałożyciel i były redaktor Szycinamiare.pl

Loading Facebook Comments ...

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Enable Notifications    OK No thanks